7 czerwca 2012

Na wariackich papierach...

I po wszystkim. Trzy dni wielkiego warszawskiego szaleństwa zakończyły się. Każdy dzień inny - przeciwny moim planom, ale i zgodnym z nim.
Piątek? Pobudka o 3 rano, żeby zdążyć na pociąg i być po 11 w Warszawie, ale znajomi przysnęli i pojawili się z godzinnym opóźnieniem. Szybki obiad i na koncerty. Wiedziałam, że będzie zimno, ale nie aż tak. Po 15 dotarliśmy na kampus SGGW, po godzinnym oczekiwaniu na przejście bez bramkę, uwagę naszą zwróciła kasa w której wydawano bransoletki. Po otrzymaniu owej, bez kolejki weszliśmy na teren koncertów. Dwie godziny tupania nóżką o ziemie z racji nudnych jak flaki w oleju zespołów. Koncert Lipali oraz Luxtorpeda postawił cała publiczność na nogi, ręce i wszystko inne co się dało. I wtedy pojawiła się pierwsza tęcza tego cudownego deszczowego dnia. Po 4 godzinach stania zaczęłam odczuwać bóle nóg ale twardo się trzymałam. Kiedy na scenie pojawił się Slayer, nieważnie gdzie człowiek stał i tak fala pogo dotarła do niego. Zdzieranie gardła i machanie głową to chyba moje odwieczne powołanie. Nie wiem jak szybko zleciała ta godzina i zespół uciekł ze sceny. Po kolejnej godzinie oczekiwania na scenie pojawił się mój prywatny lider tych ursynaliów - Limp Bizkit. Oddałabym wszystko by stać bliżej Freda - jednak nie było mi to dane. Wspólne odśpiewanie "Behind blue eyes" ze łzami w oczach sprawiło, że będzie to jeden z niezapomnianych koncertów w moim życiu. Kiedy reflektory zgasły, znajomi u których mieliśmy nocować oznajmili, że nocleg nie wypalił, więc po 2 w nocy szukaliśmy hotelu by móc przespać do rana. Po 3 udało mi się wyciągnąć nogi w łóżku i zasnąć.. Nawet nie wiem kiedy zadzwonił budzik i nastała sobota...

W sobotę? O 8 wyjście z hotelu, dojazd na uczelnię i egzamin. Dzięki Bogu zdany na 5 i dzięki Bogu doktorant , z którym mieliśmy zajęcia również pojawił się na koncercie Slayera więc wybaczył mi moje zaśnięcie przed dopytką ustną. Dojazd do hotelu zszedł prawie do południa po czym w 4 udaliśmy się do mieszkania Lucjana (chłopak Magdy u której mieliśmy nocować), wraz z Magdą zrobiłyśmy spaghetti. Najedzona zasnęłam jak dziecko, by po 17 znów stanąć na nogach i  wyruszyć na koncert Huntera. Chłopaki jak zawsze nie zawiedli, dali popis jaki zawsze mi się podoba. Ostro, pikantnie i mrocznie. Podczas koncertu My Riot (z racji, że tylko ja lubię ten zespół a byłam w mniejszości) udaliśmy się na przerwę, na piwo. Godzinka zleciła tak szybciutko, że wróciliśmy pod scenę i chłopaki z In flames już się rozstawiali. Kolejna dezorganizacja czyli prawie godzina obsuwy sprawiła, że zespół grał krótko, chociaż intensywnie. Jak On mógł ściąć dredy, why?!?!
Koncert był mega mocny, ale pisałam, za krótki. Po In flames pojawił się jakiś mdły damski wokal, który w miarę szybko uciekł ze sceny. I tutaj pojawił się mój kolejny faworyt - Nightwish. Obawiałam się głosu Anette, gdyż wiele koncertów na YouTube zostawiało wiele do życzenia. Jednak atrakcje jakie zespół przygotował dla fanów, sprawił, że krótki koncert zapisał się jako najbardziej spektakularny podczas tegorocznych juwenaliów. Zapisała się również zajebiście mocna kłótnia o której wolę za długo nie wspominać, bo po cholerę psuć sobie opowiadanie ;) Powrót do hotelu w rozśpiewanym metrze oraz rarbusie 2.0 sprawił, że moja senność odpłynęła. W hotelu Grzesiek, Lucjan oraz Magda pili wino a ja wzięłam prysznic i prosiłam o szybki sen. I tak nastał dzień 3 - niedziela.
Zajęcia do 16 wcale nie sprawiły, że chciałam jechać na uczelnię, ale jakoś się przemęczyłam na głodnego. Z uczelni biegiem na autobus, dwa tramwaje i znalazłam się u znajomych, przegryzłam cokolwiek zjadliwego i pojechaliśmy na koncert Jelonka. Jak ten człowiek potrafi dać czadu, to mnie się robi wilgotno, nie dosyć, że Jego głos jest przeokropnie mroczny to jeszcze tak bardzo potrafi rozbawić widownie jak mało kto.
Jelonek dał pokaz o jakim marzyłam a ścianka ursynalianka, końcowy wężyk i kucanie pod sceną sprawiło, że pokochałam gościa jak mało kogo!! Mooooore!!
Koniec Jelonka nie oznaczał końca przygód. Biegiem na metro, tramwaj jeden i drugi, drapanie się na 7 piętro, podziękowanie za przetrzymanie rzeczy i biegiem na kolejne tramwaje. Ostatnie 10 minut przed odjazdem pociągu pojawiliśmy się na dworcu centralnym. Ale niespodzianek było więcej, gdyż jak się okazało od 1 czerwca we wszystkich nocnych obowiązuje całkowita rezerwacja miejsc, więc cały pociąg bojkotował, dlaczego nikt nie został o tym wcześniej poinformowany.
Suma sumarum w poniedziałek po 6 rano zawitałam w końcu do swojego Wrocławia, zakopałam się na kilka godzin w swoim ciepłym łóżku i ze zdartym gardłem pojechałam do pracy.
Uwagi na przyszłość?
1. Jeździć samemu!
2. Mieć wszystko zaplanowane i odgórnie posiadać plan B.
3. Nie planować koncertów w trakcje sesji, zjazdów itp.
4. Nie zwierzać się.

Piosenka która najbardziej utkwiła w pamięci?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz