Przebudziła się pod wieczór całkowicie naga. Zimne powietrze wlewające się przez firanki sprawiły, że na skórze pojawił się przyjemny dreszcz. Szybko wrzuciła na siebie rozciągnięte szare dresy, białą koszulkę i upięła wysoko włosy. Zarezerwowała miejsce na siłowni i w pośpiechu spakowała torbę i wybiegła do auta. Przed północą, sunąc się na nogach weszła do mieszkania. Od samych drzwi zaczęła zdejmować z siebie ubrania. Rude, wilgotne po wysiłku loki mocno przylegały do piegowatych ramion, przez koszulkę dało się zauważyć twardniejące sutki oraz lekko widoczne mięśnie brzucha. Otworzyła drzwi od łazienki stojąc wyłącznie w kusych czarnych stringach. Nie zdejmując ich wskoczyła pod prysznic. Czując pulsująco przyjemny ból w mięśniach odkręciła ciepłą wodą, stojąc nieruchomo. Namydliła gąbkę czekoladowo pomarańczowym balsamem i zaczęła powoli nawilżać ciało pachnącą pianą. Kiedy doszła długimi palcami na wysokość koronki, wsunęła je powoli dochodząc do łechtaczki, lekko drażniąc ją opuszkami. Lekko oparła plecy od chłodne kafelki w łazience i oddała się chwili słodkiej przyjemności. Czując wilgotne, lepkie soki osunęła się na ziemię czując na czubku głowy i plecach ciepłą, odprężającą wodę. Po prysznicu udała się do swojej sypialni, po drodze zabierając z kuchni sok pomarańczowy i musli. Zasnęła nago, z wilgotnymi włosami i miseczką płatków w dłoni.
Zaplanował dzień tak, by przed południem opuścić biurowiec i wyskoczyć do restauracji na pergoli. Nie wiedział, która będzie odpowiednia, nie znał dokładnego dnia, jednak stwierdził, że zaryzykuje. Do przerwy śniadaniowej załatwił wszystkie najważniejsze obowiązki i biegiem wyszedł chcąc kupić po drodze białą róże podkreślającą niewinność Madeleine. Zaparkował samochód na parkingu, kwadrans przed spotkaniem. Zdenerwowany wysiadł z samochodu, chciał zapalić jednak odpuścił sobie, chcąc wypaść jak najlepiej.
Przebudziły ją promienie słońca wkradające się do pastelowej sypialni. Wyskoczyła z łóżka rozrzucając po całej pościeli chrupiące musli. Zaparzyła gorącą kawę, jak zawsze dwa kubeczki. Wsunęła na ramiona męską, jedwabną koszulę i z kubkiem wyszła na taras podziwiając budzące się do życia miasto. Przypomniała sobie, że wczoraj zostawiła nieznajomemu karteczkę. Jednak nie w głowie były jej spotkania. Po wieczornej chwili przyjemności była wystarczająco odprężona. Spakowała do torby koc, założyła krótkie czarne szorty, rzymianki oraz karmelową koszulkę a na to zwiewny szal w odcieniu bursztynu. Objechawszy połowę miasta postanowiła długo po godzinie wskazującej południe udać się na pergole by zaczerpnąć świeżego powietrza. Kiedy mijała swoją ulubioną restaurację odezwał się znajomy głos, wykrzykujący jej imię. Tłum ludzi skierował wzrok na Madeleine. Poczuła wypieki na piegowatych policzkach jednak stała dalej w bezruchu czekając na reakcję.>
„Madeleine, to Ty. Jak miło, że przyszłaś. Byłem pewien, że zapomniałaś” – powiedział, obdarzając ją śnieżnym uśmiechem.
„Mark… Cóż, niekoniecznie. Prawdę mówiąc nie przyjechałam tutaj specjalnie. Zrobiłam to z nudów. Zdziwiło mnie, że pojawiłeś się tutaj akurat dzisiaj” – odpowiedziała lekko zdumiona.
„Ach, tak. Co ja głupi sobie pomyślałem. No nic. Może w takim razie dasz się zaprosić na kawę?” – wymruczał z nadzieją w głosie.
„Piłam już, ale z wielką chęcią napiję się wina. U Ciebie może?” – powiedziała, spoglądając dużymi oczami w jego stronę i uśmiechając się lubieżnie.
„Tak, pewnie. Jeśli tylko chcesz. Białe, czerwone a może różowe?” – odpowiedział rozbawiony.
„Omówimy to po drodze” – wymruczała, uśmiechając się jak małe dziecko. Zajechali jego samochodem pod mieszkanie. W pełni umeblowana duża kawalerka, z małym tarasem. Biel mebli wkomponowana w ciepły karmel paneli ściennych i wiśniowy brąz podłogi. Było tak naturalnie przyjemnie. Duże okna przykryte satynowymi zasłonami tańczącymi na wietrze. Kiedy tylko zsunęła buty ze stóp, poczuła przyjemne łaskotanie łydek. Kocur Marka zaczął przymilać się do rudzielca co chwile mrucząc przyjemnie. Madeleine chwyciła kociaka na ręce i popatrzyła na niego, uśmiechając się, jak gdyby trzymała małego szkraba. Mark podszedł do barku i wyciągnął czerwone, półwytrawne wino oraz dwa kieliszki. W kuchni pokroił sery oraz przemył ciemny winogron. Kiedy wszedł do salony Madeleine siedziała skulona na białej kanapie, patrząc ślepo na okna, zza których można było dostrzec panoramę zachodzącego miasta.„To za co pijemy?” – zapytał podając kieliszek wina.
„Za to spotkanie. Za dzisiaj i za jutro. Nigdy za wczoraj. Za to co lubimy, czego nienawidzimy. Za młodość, starość, miłość, seks, zdradę. Chwile ulotne…”* – zatrzymała się w pół słowa i napiła się wina zamykając oczy.
„Nie jestem tym za kogo mnie uważasz” – upił duży łyk wina po czym dopowiedział –"Chodź, pocałuję cię tam, gdzie się kończysz i zaczynasz, chodź, pocałuję cię w trzecie oko, chodź, pocałuje cię w czoło, w głowę, w stopę, w pępek, w kolano, w knykieć, w sutki w duszę, chodź, pocałuję cię w twoje serce. Na dzień dobry. Na dobranoc. Na zawsze. Na teraz. Na nigdy. Na teraz. W samo serce.Bez słowa wstała, podeszła do okna i jakby mówiąc do siebie wyszeptała - "Uciekajmy, mamy jakieś pieniądze, znajdźmy jakiś motel, kupmy odgrzewaną pizzę z mikrofali i frytki, a przede wszystkim dwie butelki wina i wejdźmy do wanny, umyje Cię, scałuje z Ciebie wszystko, umyję Cię, wytrę ręcznikiem, położę do łóżka i zacznę całować, i mówić Ci, opowiadać cały świat." Podszedł do Niej od tyłu delikatnie przytulił, zatrzymując dłonie na pępku, zapach perfum przyciągnął nozdrza oraz usta do szyi, powolnie całując jej napięty kark, szyję. Oddała się przyjemności, dopasowując ciało do coraz odważniejszych pocałunków. Zasnęła w ramionach znajomego nieznajomego, nie zastanawiając się nad jutrem."Wszyscy strasznie spinamy się, aby być jacyś. Codziennie rysujemy siebie, dolepiamy do siebie klejem kolejne karki, zdjęcia, wrysowujemy się w ramki, aby poczuć, że jesteśmy czymś więcej niż imieniem i nazwiskiem."*

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz