Pomieszane z poplątanym. Czyli jak w telenoweli peruwiańskiej. Są rzeczy, które można wybaczać i zapominać, oraz takiej których ani nie wybaczamy ani też o nich nie zapominamy. Tych drugich jest znacznie więcej. Niestety. Szara rzeczywistość wlewającą się ciężkim dymem przez zamknięte drzwi psychiki. Próba skategoryzwania własnych uczuć, posegregowania myśli w pamięci. To prawie jak papierkowa praca w jednym z warszawskich biurowców.
No właśnie Warszawa. Egoistyczna stolica pełna chamów, prostaktów, ludzi, którym miłość do drugiego człowieka kończy się na czubku własnego nosu. Niechęć do pomocy. Przebieg dzienny - setki kilimetów. Brutalność kwasem wsypywana do oczu. Piekielne realia rodem z publicznych sesji bdsm - zero owijania w bawełnę, znieczulica społeczna, walka o własny byt a i tak zawsze znajdziesz sie na ziemi z gównem przy twarzy. Dlatego właśnie Warszawa. Od października? Listopada?
Nie wiem dokąd tym razem zawiozą mnie walizki doświadczenia.
Miałam piękne białe plany, usłane wiosennymi tulipanami, letnimi cytrusami, jesiennymi jabłkami i zimowym cynamonem. Pozostał mi waniliowy zapach kadzidełek, litry kawy i papierosy, do których lubię czasami powrócić.
Nie wiedziałam, że jadąc 190 km/h może człowiekowi stanąć całe życie przed oczami. Ostatnia podróż skończyła by sie ściąganiem ciał szpachelką z autostrady. Siedziałam taka opanowana, nie przejmując się teraźniejszością ani przeszłością. Patrzyłam zza fotela kierowcy na prędkość spadającą jak kamień do pustej studni, z trudem panował nad kierownicą. Zachował zimną krew. Zawsze zachowuje. Nie wiem na czym bardziej mi wtedy zależało. Na pasażerce, która z trudem zatrzymywała łzy w oczach czy pasażerze obok mnie, który bez słowa siedział, krążąc wzrokiem po orbicie myśli. Zatrzymaliśmy się. Bez koła. Chciałam go przytulić. Nie umiałam. System w głowie nakazał odłożyć wszystko. Wystawić trójkąt. Pomóc kierowcy. Sprawdzić stan samochodu. Uspokoić resztę. Schować popękaną w strzępy oponę. Nie modlić się. To nic nie da. Wsiąść do samochodu i w ciszy wrócić. Wróciliśmy. Nadal miałam ochotę przytulić sie.
Są rzeczy o których nie można powiedzieć. Nie ma sensu, gdyż druga osoba nie uszanuje tego. Nie zrozumie. A co jeśli ta osoba przychodzi w sprawie sercowej do Ciebie. Właśnie do Ciebie. Pyta się o własne szczęście nie wiedząc co chowamy w sobie. Jak bardzo boli życzenie powodzenia i radości z Tą drugą osobą. Pech nie dotyczy każdego, dotyczy mnie. Sam w sobie brutalny. Uwielbiający kopać glanem w żebra, czasami trafiając w wątrobę strutą alkoholem i silnymi lekami przeciwbólowymi. To już nawet tak bardzo nie boli. Przyzwyczajanie się pomaga. Na jakis czas.
I kolejny kopniak w wątrobę w której przelewa się whisky. W płuchac czuć tytoń zmieszany ze smołą spływającą po pęcherzykach. Potrzeba szybkiego odzyskania formy - natychmiastowa.
Kolejny kopniak. Twarz przy ziemi, w nozdrzach zapach mokrej ziemi. W płucach dalej tytoniowy smar, w wątrobie pustka.
Potrafię się podnieść?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz