10 grudnia 2013

First snow

Jak to dziwnie w ciągu jednego miesiąca odkryć całkowicie poniżającą wręcz pustkę. Nie do końca wiem czemu tak się stało ale obwiniam jedynie samą siebie za to co się wydarzyło. Straciłam przyjaciela tylko dlatego że powiedziałam o jedno słowo za dużo, które i tak już wiele razy było wypowiadane w rozmowach. Widocznie o jeden raz za dużo. W tym wypadku posprzątanie rozlanego mleka jest niemożliwe... potłuczone szkło nie poskleja sie a i 7 lat nieszczęścia niczego nie zmieni. Dziwne uczucie jakby część życia została zaprzepaszczona wyłącznie z mojej winy. Jestem popieprzoną egoistką która widocznie nie rozumiem uczuć innych osób i patrzy wyłącznie na siebie. 
Kto by pomyślał, że kiedyś prowadziłam życie spokojnej, nikomu nie przeszkadzającej i irytującej dziewczynie. A teraz? Mało co pozostało we mnie prócz goryczy. Dawny żal poszedł w odstawkę. Razem z przeszłością którą zamknęłam na wiele spustów.

Nienawidzę tego okresu przedświątecznego jak i świątecznego. Ludzie niby tacy pełni miłości, miłosierdzia i gówna wiszącego przy ich tyłku. Nienawidzę takiego sztucznego uśmiechu, który pojawia sie u każdego przechodnia jakiego tylko mijam. A i znajomi podjarani pierwszym śniegiem, reklamą coca-coli w telewizji i Kevinem na Polsacie przyprawiają mnie o wymioty. Podobnie jak zapach świeżej choinki, smród zabijanego karpia, zmieszane perfumy starej ciotki z dymem tytoniowym. Godzinne  posiedzenia przy alkoholu tak by zacząć od kłamliwych życzeń zakończonych rozmowami o polityce, życiu, zdrowiu oraz o tym dlaczego szanowna JA nie posiadam jeszcze narzeczonego, męża, dziecka i najlepiej dwóch domów na Florydzie z dużym basenem. Każdy posiada wizje drugiej osoby. Ale ja do cholery jasnej wolę zostać tą niereformowalną chłopczycą z definitywnymi symptomami schizofrenii która sama decyduje co chce robić w swoim życiu.. Pomimo stanowczej, pełnej świadomości o swojej beznadziejności i fakcie, że sama w życiu gównie osiąganie - jak zresztą było do tej pory.
W końcu schemat własnego postępowania trzeba powtarzać tak by nie rozsypać całej - nielogicznej - układanki. 
Miałam zniknąć. Niestety w obecnej sytuacji jest to niemożliwe. Po raz kolejny nie zamierzam podupaść psychicznie. Nie tym razem, nie następnym... ani żadnym kolejnym - dokończyła pisanie bloga po czym wstała, wykopując się spod białego pledu wygrzebując się spod sterty poduszek z Ikei dzięki którym bunkrowała się co noc w swoim pokoju. Narkotyzując się muzyką Yeah Yeah Yeahs - Down Boy odpaliła mentolowego papierosa po czym usiadła na biurku dopijając kieliszek porto. Zeszła z biurka po czym zdjęła szare dresy i porozdzieraną koszulkę i założyła podarte, powycierane, ciemne jeansy i białą opiętą koszulę. Usiadła przy biurku napisała kilka listów do najbliższych po czym postanowiła zostawić świąteczne prezenty dla każdego który coś znaczył w Jej życiu. Założyła skórzane, czarne oficerki, rękawiczki, skórzaną kurtkę. W dłoń chwyciła kluczyki i kask.
 Jeździła zazwyczaj wolno, nie przekraczając 200km/h.  Na początku odwiedziła Poznań później Wrocław, Katowice, Łódź - kończąc przygodę w Warszawie. Każdym miejscu zostawiła świąteczne prezenty własnoręcznie wykonane. Wróciła do swojego mieszkania spakowała dużą torbę po czym udała się motorem w kierunku apartamentów. Wiedziała że wieczorami pracuje przy komputerze, w sumie jak zawsze. Skłonność do ciemnych blondynów powinna zaprowadzić ją kiedyś na samo dno. Zapukała do jego pokoju z numerem 25 i z ogromną cierpliwością oczekiwała na miłe powitanie. Zaskoczyła się podwójnie jeśli nie mocniej. Wyczekiwany blondyn stał w samym ręczniku, przewiniętym na biodrach z wilgotnym, ciepłym ciałem oraz przyspieszonym oddechem. Patrzył swoimi niebieskimi, lekko zdziwionymi oczami.
Hej, nie przeszkadzam? – zapytała po czym delikatnie uśmiechała się do przystojniaka.
- Nie… jasne, że nie – zaskoczony Jej widokiem w dosyć odważnym stroju, zaprosił bez dwóch zdań do środka.
- Napijesz się czegoś? – zapytał wsuwając na mokre jeszcze ramiona i tors koszulkę.
- Nie. Przyjechałam tutaj w innym celu. Ważniejszym niż nasze cykliczne popijawy. Na to znajdzie się jeszcze czas, kiedyś… - odpowiedziała ze smutkiem w oczach.
- To nie brzmi zbyt obiecująco ale nie zamierzam ciągnąć Cię za język – wymruczał.
- Oj pociągniesz – wysyczała przez zęby wrednie uśmiechając się po czym podeszła na palcach i lekko przydusiła zbliżając swoje miękkie usta do jego warg.
- Pozwól mi…  - nie pozwoliła dokończyć, po czym zerwała z bioder wilgotny ręcznik i przyparła swoim ciepłym ciałem do niego.
- Eee… uhmm…  to chyba nie najlepsza pora na takie spotkania A. – odciągnął ją od siebie łapiąc oddech. Jednak jej to nie odstraszyło. Ściągnęła kurtkę skórzaną, która rzuciła gdzieś na panele, zdjęła koszulkę i przyparła ponownie do ściany, tym razem nie pozwalając na chwilę wytchnienia. Poczuła nagle jak jego język ochoczo zaczął wędrować po wnętrzu, erekcja ocierała się o jej spodnie, napierając na udo.
Chwycił ją za krótkie, nastroszone włoski i docisnął do podłogi, tak, że w nozdrzach czuła zapach drewna. Wsunął pod jej spodnie swoje zwinne dłonie i zaczął pieścić naprzemiennie pupcię i cipkę. Nie przestawał dopóki nie zauważył na nagich plecach gęsiej skórki a na całym ciele przyjemnych dreszczy. Zsunął zwinnie jej spodnie, odsunął na bok pasek od stringów i wszedł w nią bardzo powoli, ale z drapieżnością. Czując kolejne uderzenia o jej wnętrze, odchylała głowę, czując długie pocałunki i krótkie kąsania z jego strony. Uwielbiała jego penisa… był zawsze gotowy dla niej, zawsze chciał się bawić, zawsze chciał więcej i więcej. Znalazła idealnego kochanka do rozmów… i pieprzenia. Bo to właśnie uwielbiała. Z myśli wyrwał ją cichy pomruk przy swoim uchu. Jej stópki były na wysokości jego szyi, czerwone pazurki odznaczały się przy jasnej skórze. Przy każdym pchnięciu jej piersi unosiły się i upadały. Cieszyły się razem z nią – przeżywaną rozkoszą. Posuwał ją coraz mocniej, coraz intensywniej… W tle dało się usłyszeć ciche skrzypienie łóżka, przyspieszone oddechy i wilgoć cipki, która co chwilę była zalewana falą rozkoszy. Wbiła w jego pośladki swoje paznokcie dopychając go do siebie. Coraz szybsze ruchy, coraz płytsze oddechy i strzał… Jakby wiedział. Spuścił się do jej cipki. Czuła jak sperma wychodzi z niego, zalewa jej wnętrze. Opadł na nią, głośno oddychając. Otuliła go własnymi udami, z trudem otwierając oczy. Czuła, że leci wysoko. Nie chciała wracać na ziemię i zmierzać się z rzeczywistością. To było takie… kurewsko podniecające, zwierzęco kuszące, to było takie… och. Pieprzenie w najczystszej postaci.
- Tego mi było trzeba. Musiałam. A w sumie przeczytaj sobie sam. Kiedy już wyjdę. Nie wcześniej – wymruczała wsuwając na tyłek opięte spodnie i niegrzecznie uśmiechając się.
- Co jest grane Aniołku? – wyszeptał, unosząc się na ramionach na łóżku
- Nic. Dowiesz się w swoim czasie. Są pewne sprawy niecierpiące zwłoki, nie martw się, wrócę.
- Wrócisz? – wstał z łóżka, ale usłyszał tylko uderzenie zamykanych drzwi. Stał w oknie dopóki nie zobaczył jak rusza na swoim motorze – wariatka, totalna wariatka – pomyślał po czym wskoczył ponownie do łóżka.

Zajechała taksówką na lotnisko, zostawiając motocykl w bezpiecznym miejscu.
- Gotowa? – zapytał wysoki szatyn, uroczo uśmiechając się do niej.
- Oczywiście, zróbmy to w końcu – uniosła brew, lecz w oczach było widać smutek, złość i żal.
Wsiedli do samolotu lecącego do Anglii.


„Ta historia nie powinna mieć miejsca, nie powinno się to nigdy wydarzyć, nie powinniśmy się spotkać. To nie jest zwykły list. To pewnego rodzaju pożegnanie. Ale tylko na chwilę. Ponieważ nie umiem tak żyć. Musze tutaj wrócić. Do Ciebie. Inaczej nie potrafię.
Kiedy będziesz to czytał, zapewne będę zasypiała w samolocie do Anglii. Obiecuje wysłać pocztówkę. Pora by każde wróciło do swojego życia(…) pomimo tego zostawiam adres do siebie.
All Star Hotel
39 Chatsworth Road, Londyn
Twoja A.”

- Kurwa!  - wykrzyknął na całe gardło, po czym ściskając w dłoni szklankę rozgniótł ją na milion kawałeczków. Owinął dłoń w ścierkę i chwycił za telefon.
- Kasiu, sprawdź proszę o której wyląduje samolot w Londynie (…) – długo tłumaczył sekretarce, po czym spakował szybko rzeczy w jedną torbę i zamówił taksówkę.


Londyn przywitał śnieżną burzą, mrozem i brakiem kawy z mlekiem. Odebrał bagaż i uśmiechnął się sam do siebie, w myślach powtarzając – mam Cię.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz